|
wtorek, 15 czerwca 2010
Nienawiść do zawodu czy tylko do ludzi?
Okolice przystanku tramwajowego przy skrzyżowaniu ulic W i P, ok. godz 10:35. Idę ulicą W, przekraczam zebrę na P przy zielonym świetle. Następnie widzę w oddali jadącą dziesiątkę w kierunku C, z której chciałbym skorzystać. Niestety sygnalizacja świetlna na W jest cały czas niekorzystna dla mnie. Obserwując lewą stronę i nadjeżdżający wystarczająco daleko samochód, postanawiam na chwilę wtargnąć na ulicę by dotrzeć na przystankową wysepkę. Tam akurat jedzie tramwaj w przeciwnym kierunku, więc zatrzymuję się na chwilę, bo nie przyglądałem się mu wcześniej, przez co nie wiem czy będzie od razu przejeżdżał czy będzie dopiero stał. Gdy już wiem, że się zatrzymuje, kątem oka patrzę w prawą stronę by się upewnić, że dziesiątka, choć znajduje się blisko, jest w wystarczającej odległości, żebym mógł bezkolizyjnie przekroczyć te 3-4 metry na drugą stronę wysepki. W trzech krokach pokonuję dystans i powoli truchtam do przodu, tym bardziej że za dziesiątką jest też drugi tramwaj. W trakcie mojego manewru motorniczy użył sygnału dźwiękowego, a po nim dojechał tramwajem na moją wysokość. Wiedziałem już, że czeka mnie zasłużone publiczne skarcenie. Usłyszałem wiązankę o pierdolonym chuju, okraszoną podobnymi inwektywami, jakiej chyba dawno nikt mi nie zasadził. Oczywiście złamałem przepis, gorzej, zachowałem się nieodpowiednio i niebezpiecznie z punktu widzenia uczestnika ruchu, więc reprymenda mi się należała, ale steku bluzgów się nie spodziewałem. W połowie poezji motorniczego powiedziałem, że się śpieszyłem, na co słusznie dostałem odpowiedź: "g... mnie to obchodzi". Na końcu powiedziałem "przepraszam". Jeszcze przed usłyszeniem motorniczego miałem zamiar wyrazić skruchę nieco wylewniej, ale chwilę później mi przeszło. Poza tym, gdybym został, nie daj Boże, inwalidą i tak w każdym sądzie on by wygrał, o ile doszłoby w ogóle do rozprawy. Jeżeli ktoś tu przypadkiem zajrzał a nie korzysta z komunikacji miejskiej, może nie być świadomy pewnych zjawisk, które występują w przypadku prób korzystania z autobusów oraz (szczególnie) tramwajów i tym samym powodów mojego (nienormalnego?) zachowania. Zdarza się, że potencjalny pasażer nie stoi na przystanku 20 minut wcześniej w oczekiwaniu na tramwaj, a pojawia się akurat w czasie gdy on przyjeżdża. Znakomita większość tramwajarzy widząc w lusterku nadbiegających zamyka drzwi odpowiednio wcześnie lub gdy są tuż przy nich. Przypadki otwarcia drzwi po ich zamknięciu można chyba zliczyć na palcach jednej ręki w skali kilku miesięcy. Jeżeli za takim tramwajem przyjedzie od razu drugi, to wysiadający i wsiadający do niego są w stanie skutecznie zatamować drogę do tramwaju znajdującego się na przedzie. Na ten fakt tramwajarze są zupełnie ślepi (zauważmy, że problem ten prawie nie występuje w przypadku autobusów, bo chodniki są jednak szersze od wysepek, przynajmniej zazwyczaj) mimo posiadania lusterka bocznego, dzięki któremu można przecież zgrubnie oszacować zagęszczenie tłumu. Ile razy z tego powodu nie udało mi się dotrzeć do czołowego tramwaju przed zamknięciem drzwi nie sposób zliczyć. Jakby tego było mało, tramwajarze stosują jeszcze jeden sprytny zabieg. Często zaraz za przystankami (w odległości mniejszej niż długość tramwaju) są światła. Większość motorniczych, nawet gdy widzi, że światła się zmieniają (bądź już zmieniły), przez co nie przejadą w przeciągu najbliższych nastu sekund, koniecznie musi zamknąć drzwi i podjechać pod te światła, byle nie stać na przystanku. Oczywiście żadnej ludzkiej reakcji na przyjacielskie gesty w kierunku lusterka i delikatne pukanie w ostatnie drzwi liczyć nie można. Co ciekawe, w przypadku kierujących autobusami, zdarza się otwarcie drzwi w analogicznej sytuacji, nawet gdy pojazd zaczął już manewr zmiany pasa ruchu. Agresję można też dostrzec na ulicy. Podam dla przykładu typową sytuację. Kierujący samochodami osobowymi czasem wjeżdżają na tory, bo zwyczajnie żadnych tramwajów w okolicy nie ma. Jednakże nie zawsze bezzwłocznie udaje im się pokonać dane skrzyżowanie, bo warunki na to nie pozwalają. Nadjeżdża tramwaj i dzwoni. Dzwoni i dzwoni nieprzerwanie, mimo że widzi, że ten cholerny kierowca - wjechał mu przecież umyślnie na jego tory - nie ma się gdzie podziać, bo np. przed nim i za nim są samochody. Wydaje mi się, że minimum empatii czy chociaż zdrowego rozsądku powstrzymałoby motorniczego przed trzymaniem tego guzika. Czemu tak się nie dzieje? Wydawało mi się, że to praca tramwajarza jest przyjemniejsza (jeżeli tak to można określić) od kierowcy autobusu, bo przecież nie ma korków (jak już jest, to z reguły katastrofalny). Pewnie nie jest to szczyt marzeń każdego, ale są gorsze zawody. Skąd więc tyle nienawiści i złośliwości u motorniczych? Czy to zawód tak ich wyniszcza czy po prostu przyciąga jednostki o specyficznym usposobieniu? Niestety nie znam odpowiedzi na te pytania. Chciałbym jeszcze tylko przeprosić ten procent pracowników komunikacji miejskiej, który nie wpisuje się w przedstawioną przeze mnie generalizację, a mógł poczuć się moim tekstem urażony.
niedziela, 11 kwietnia 2010
Zginęli ludzie
Przede wszystkim chciałbym złożyć najszczersze kondolencje rodzinom, krewnym i przyjaciołom ofiar wczorajszej katastrofy samolotu pod Smoleńskiem. Strata najbliższych osób, czyli córki, syna, siostry, brata, matki, ojca, wnuczki, wnuczka, babci czy dziadka, to najgorsze co może spotkać każdego, jest to strata niepowetowana. Zachowanie tych osób w pamięci, łączenie się w bólu i żalu, to jedyne co można zrobić. Niewyobrażalny ciężar tak niespodziewanych wydarzeń spoczął na barkach rodzin tragicznie zmarłej załogi i pasażerów. Ciężar, którego nawet najgłębsze wyrazy współczucia nie są w stanie udźwignąć. 10 kwietnia w feralnym locie samolotem Tu-154M zginęło 96 osób. Katastrof lotniczych w ostatnich latach było więcej. Można wspomnieć np. trzy wypadki z końca ub.r.: Hawker-125-800 pod Mińskiem (26 października), Ił-76 w Jakucji na Syberii (1 listopada) czy Tu-142M3 w Kraju Chabarowskim (6 listopada). W pierwszym zginęło 5 osób, w kolejnych - po 11. We wspomnianych katastrofach, także wczorajszej, za każdym razem były to wszystkie osoby obecne na pokładzie i za każdym razem był to ogromny ludzki dramat. Można zauważyć, że wczorajsza katastrofa niechlubnie wyróżnia się na tle liczby ofiar. Nie można jednak nie dopowiedzieć, że wypadków lotniczych, które pochłonęły ponad 100 osób, było w samych latach 2000-2009 przeszło 20, nie wspominając już o innego rodzaju tragediach. Z perspektywy czysto ludzkiej śmierć każdego człowieka jest tak samo ważna (i jest to okropny truizm, okropny, bo okropne jest to, że często zapominany), ale liczba istnień ludzkich utraconych w wyniku różnego rodzaju wydarzeń nie powinna prowadzić do ich stopniowania. Umniejszanie, wywyższanie, to jest zła droga. Takie porównywanie, jako pozbawione sensu, nie może prowadzić do niczego dobrego. Wczoraj przyszło nam się jednak zmierzyć jeszcze z wymiarem wspólnotowym, w szczególności, narodowym. W samolocie znajdowały się przecież postacie silnie związane z Polską, w tym głowa państwa i pierwsza dama, Prezydent Lech Kaczyński z małżonką Marią, dowódcy Sił Zbrojnych RP oraz osoby piastujące wysokie stanowiska w Polsce, a także posłowie i senatorowie. Wymieniając tych, którzy nieprzeżyli tej katastrofy, nie możemy tego robić wybiórczo, jesteśmy zobligowani do uzupełnienia tej nieprawdopodobnej listy ofiar o przedstawicieli Rodzin Katyńskich oraz innych stowarzyszeń, osoby towarzyszące, funkcjonariuszy BOR-u czy wreszcie załogę, o której wczoraj przez wiele godzin nawet nie napomknięto. Utrata tylu osobistości związanych z funkcjonowaniem naszego kraju w jednej chwili to zdarzenie bez precedensu, nawet w czasach wojny. To jednak także, a może przede wszystkim, utrata znaczącej części elity naszego kraju, wyrwa, której nie można odbudować w krótkim czasie. Tym samym dla Polski i Polaków wczorajszy koszmar, który rozegrał się w lesie przy smoleńskim lotnisku, nabrał szczególnego znaczenia. Nie trzeba się tu nawet powoływać na okoliczności tej tragedii, chociaż są w istocie znamienne. Katastrofa w 70. rocznicę zbrodni katyńskiej i zarazem w wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, ustanowionego w 2000 roku przez papieża Jana Pawła II, który 5 lat później również w wigilię tego Święta zmarł. Fatalizm Katynia, symbolika tej Niedzieli. Tak, powinniśmy o okolicznościach pamiętać, ale daleki byłbym od rozciągania ich na wczorajszą tragedię i doszukiwania się w tym nowego, głębszego sensu, bo możemy wówczas stracić sprzed naszych oczu najważniejsze, 96 wpsaniałych osób, młodszych, starszych, z ich planami, marzeniami, niedokończonymi sprawami... Mówiąc o ś.p. Lechu Kaczyńskim chciałbym zwrócić uwagę na dzisiejszą wypowiedź Łukasza Warzechy w telewizji publicznej. Słusznie poruszył pod koniec ważną kwestię i zrobił to na szczęście w sposób wyważony. Nie musiał mówić o szczegółach - one są znane - powiedział tylko, że niestety naszemu Prezydentowi dorabiano gębę i zadał istotne retoryczne pytanie: czemu telewizje, które wczoraj znalazły w archiwach i wyemitowały wiele zdjęć z Lechem uśmiechniętym, ciepłym, przyjacielskim, po prostu codziennym (nie użył dokładnie tych słów), nie potrafiły tego robić za jego życia. Przykład tylko wizerunkowo-medialny, ale wymowny. Teraz, w tym czasie, nie ma potrzeby, nawet nie powinno się, rozwijać tego tematu, przyjdzie na to pora, ale zasygnalizowanie problemu jest konieczne. Ciśnie się na usta komentarz do słów Lecha Wałęsy, ale nie warto, nie dziś. Kondukt żałobny, który przejechał dzisiaj ulicami Warszawy, to widok niezwykle budujący. Ten ogrom ludzi żegnających Prezydenta, Lech Kaczyński po prostu nie mógł tego przewidzieć. Co więcej, rzeczywistość, w której przyszło mu piastować ten najwyższy urząd w państwie, wręcz nie pozwalała mu myśleć, że jego służba może zostać pośmiertnie tak znacząco zwieńczona. Pożegnanie iście godne Polaka, wielkiego Patrioty, choć małego wzrostem Prezydenta. Szkoda tylko, że tak wielu skupiło się na robieniu zdjęć swoimi telefonami komórkowymi... Pierwotnie miałem jeszcze odnieść się do komentarzy krążących w internecie, ale też nie warto, też nie dziś. Pozostawię tylko otwarte dręczące mnie pytanie, jak można szacunek do urzędu uczynić kompletnie ortogonalnym do osoby, która go sprawowała i brnąć w tym podejściu bez opamiętania. Na koniec, tak jak wielu przede mną i pewnie wielu po mnie, muszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzęcz, a właściwie powrócić do początku. Tak jak śmierć Pary Prezydenckiej z oczywistych względów skupia dużą część naszej uwagi (cały czas myśląc i mówiąc o nich, pamiętamy jednak przecież o wszystkich ofiarach tragedii), tak nie sposób nie wspomnieć (również symbolicznie, bo i mając cały czas wzgląd na pozostałe rodziny, które spotkał okrutny los), o wyjątkowo nieszczęśliwej sytuacji w jakiej znaleźli się Jarosław Kaczyński i jego chora matka Jadwiga, która nie wiadomo jak przyjęła (jak przyjmie?) tak potworną wiadomość. Rodzinie Kaczyńskich i wszystkim pozostałym rodzinom, które w dniu wczorajszym straciły najbliższych, życzę dużo siły, wytrwałości i zdrowia w tym trudnym dla nich okresie.
czwartek, 01 kwietnia 2010
Słowo wstępu
Jako sprzedawca butów prowadzę czasem procesy myślowe. Nie te górnolotne, o spadającej jakości oferowanego przeze mnie towaru (chociaż są wyjątki) czy o rosnącej liczbie obuwia pozbawionego wyrazu, na które jest niestety popyt (z idei się nie wyżyje). Też nie te wynikające z podświadomej analizy obrazów, które docierają do mózgu poprzez niestrudzony organ wzroku (spuszczanie powiek nie pomaga, brak nam jakiegoś wyłącznika). Wreszcie werbalno-graficzne projekcje superego też to nie są (klientów mam pouczać? - wyjdzie, trzaśnie drzwiami i tyle go będę widział). Rantowanie jest modne. Gdzie się człowiek nie obróci, tam coś nie pasi. Ponoć to polska przywara. Kiedyś - być może, teraz - raczej ogólnospołeczny trend ponad podziałami. To niby dobrze, bo się człowiek wytweetuje, w gazecie innych opluje i się potem lepiej czuje. OP na pewno (choć czasem tylko na krótko), bo kiszenie myśli, nas nie wyczyści. Co jednak z otoczeniem, w które jest wpisany i z którym musi współegzystować (nie piszę, że zgodnie)? Choćby takie narzekania personalne nie mogą być więc wylewane zupełnie randomowo (pomijając odmienne /b/rzypadki), bo jednak wahanie czasem chyba jest, czy to otoczenie będzie mieć mnie gdzieś (i tak ma, ale uświadomienie sobie tego nie jest trywialne). Nie mówię o najbliższych (bo wtedy: gdzie jest emo?), czy najdalszych ("nawet dzień dobry? ale buc"), tylko co tam się upcha pomiędzy. Upycha się właśnie sporo i zależnie od miejsca na tej "osi", odczucia różne są przed potencjalnym idiosplunięciem. Jednak niepersonalne, zależnie od punktu widzenia - częstsze bądź rzadsze, hamulców zazwyczaj nie posiada, a przecież z jednostkami prawie zawsze da się je powiązać (masło samo przecież nie zdrożało...).
Gdy więc kobieta po czterdziestce narzeka pod nosem, że te siódemki coś w ostatnich latach mniejsze robią, jest bezpieczna, a ja mogę jej nawet afirmacyjnie (może nie dyskretnie, ale też i nie ostentacyjnie) skinąć głową z niewyraźnym uśmiechem. Ta wstydliwa połówka, niezrozumiała dla osób obdarzonych różnymi chromosomami płciowymi, zostaje sprowadzona do banalnej cyfry po przecinku, która ma wpływ na nasze życie niczym źle grany utwór.
Rzeczony trzysekundowy proces myślowy, mający doprowadzić do pomyślnej sprzedaży pary butów, wydaje się za długi o całe 2990 ms. Zachowuję kamienną twarz. Lekko drgające kąciki ust mnie zdradzają, ale trzeba być wnikliwym obserwatorem, by to dostrzec. Bezinteresownie przemieszczam się w kierunku kasy.
Niewłaściwy połysk? Szlifierkę sobie kup!
Rantowanie jest modne. Gdzie się człowiek nie obróci, tam coś nie pasi. Ponoć to polska przywara. Kiedyś - być może, teraz - raczej ogólnospołeczny trend ponad podziałami. To niby dobrze, bo się człowiek wytweetuje, w gazecie innych opluje i się potem lepiej czuje. OP na pewno (choć czasem tylko na krótko), bo kiszenie myśli, nas nie wyczyści. Co jednak z otoczeniem, w które jest wpisany i z którym musi współegzystować (nie piszę, że zgodnie)? Choćby takie narzekania personalne nie mogą być więc wylewane zupełnie randomowo (pomijając odmienne /b/rzypadki), bo jednak wahanie czasem chyba jest, czy to otoczenie będzie mieć mnie gdzieś (i tak ma, ale uświadomienie sobie tego nie jest trywialne). Nie mówię o najbliższych (bo wtedy: gdzie jest emo?), czy najdalszych ("nawet dzień dobry? ale buc"), tylko co tam się upcha pomiędzy. Upycha się właśnie sporo i zależnie od miejsca na tej "osi", odczucia różne są przed potencjalnym idiosplunięciem. Jednak niepersonalne, zależnie od punktu widzenia - częstsze bądź rzadsze, hamulców zazwyczaj nie posiada, a przecież z jednostkami prawie zawsze da się je powiązać (masło samo przecież nie zdrożało...). Gdy więc kobieta po czterdziestce narzeka pod nosem, że te siódemki coś w ostatnich latach mniejsze robią, jest bezpieczna, a ja mogę jej nawet afirmacyjnie (może nie dyskretnie, ale też i nie ostentacyjnie) skinąć głową z niewyraźnym uśmiechem. Ta wstydliwa połówka, niezrozumiała dla osób obdarzonych różnymi chromosomami płciowymi, zostaje sprowadzona do banalnej cyfry po przecinku, która ma wpływ na nasze życie niczym źle grany utwór. Rzeczony trzysekundowy proces myślowy, mający doprowadzić do pomyślnej sprzedaży pary butów, wydaje się za długi o całe 2990 ms. Zachowuję kamienną twarz. Lekko drgające kąciki ust mnie zdradzają, ale trzeba być wnikliwym obserwatorem, by to dostrzec. Bezinteresownie przemieszczam się w kierunku kasy. Niewłaściwy połysk? Szlifierkę sobie kup! |
|